Szybko i sprawnie przebiegły negocjacje pomiędzy Lechem Poznań, a HSV Hamburg w kwestii przejścia króla strzelców ekstraklasy zakończonego sezonu Artioma Rudneva. Grający od dwóch sezonów w poznańskim klubie 24 - letni Łotysz, który trafił do Polski z ligi austriackiej zdobył 22 bramki. To wynik do jakiego od lat nie zbliżył się żaden polski zawodnik. Duże zainteresowanie swoją osobą napastnik wzbudził już w poprzednim sezonie, kiedy dał się zauważyć w rozgrywkach Ligi Europy. Szczególne wrażenie wywołał uzyskaniem hat tricka podczas meczu Lecha w Mediolanie z Juventusem. Mimo wielu ofert pozostał w polskiej lidze z obietnicą odejścia po tym sezonie. Nie wpłynął na jej zmianę brak Lecha w pucharach europejskich. Odwdzięczył się koroną króla strzelców czym walnie przyczynił się do zajęcia czwartego miejsce w lidze po kapitalnym pościgu ligowej czołówki. Kontrakt z HSV Hamburg zawodnik podpisał na cztery sezony. Lech na transakcji zarobił 3,5 mln euro, czyli blisko 14,5 mln zł. Lech, który zagra ponownie w Lidze Europy już szuka następcy Łotysza. (dp)
Piłka Nożna
Rudnev w HSV Hamburg
Szaleństwo we Wrocławiu. Śląsk mistrzem Polski
Piłkarze Śląska Wrocław wykorzystali swoją szansę i po zwycięstwie 1:0 z Wisłą w Krakowie zdobyli drugi w klubowej historii tytuł mistrzów Polski. Teoretycznie tytuł w ostatniej kolejce mógł przypaść jednej z czterech drużyn. Do przerwy wielkie nadzieje miał Ruch prowadził 2:0 z Lechią, a Śląsk, lider tabeli, który musiał wygrać w Krakowie remisował bezbramkowo. Tak samo Lech Poznań z Widzewem w Łodzi jak i mająca cień szansy Legia Warszawa u siebie z Koroną Kielce. Ze zrozumiałych powodów uwaga kibiców na wszystkich stadionach w drugiej części skierowana była na Kraków. Panująca na trybunach przyjaźń między fanami Wisły i Śląska nie do końca przekładała się na przebieg wydarzeń na boisku. Tu trwała twarda walka. Goście optycznie przeważali dwoił się i troił Sebastian Mila, siła napędowa wrocławian. Dograł dwie kapitalne piłki jeszcze przed przerwą, ale dopiero w 51 minucie niemal zaduszony chwilę później przez kolegów Rok Elsner wpakował głową piłkę do siatki. Potem podopieczni Oresta Lenczyka robili to co najlepiej im wychodziło przez większą część sezonu. Po zdobyciu prowadzenia uważna gra z tyłu i kontry. Święto wrocławian mógł jednak popsuć młodziutki Rosiński, który skorzystał na odsunięciu od składu przez Michała Probierza, czterech zagranicznych graczy i miał okazję zadebiutować w ekstraklasie. Trącona przez niego głową piłką o centymetry minęła słupek bramki Śląska. Emocje sięgnęły zenitu kiedy w 81 minucie za drugą żółtą kartkę plac gry opuścił Wołczek. Jednak broniący bardzo dobrze całe spotkanie Kelemen nie dał się zaskoczyć. Śląsk mistrzem Polski, na drugim miejscu Ruch, trzecia lokata dla Legii, czwarty Lech. Te zespoły zagrają w europejskich pucharach. Śląsk oczywiście w eliminacjach Ligi Mistrzów, reszta w Lidze Europejskiej. Z ligi spadają ŁKS i Cracovia. Choć brzmi to niewiarygodnie, ale dopiero pierwszy raz zdarzyło się, że lider po rundzie jesiennej zdołał wywalczyć tytuł. Stało się to dosłownie na finiszu. Na czoło tabeli Śląsk powrócił dopiero w przedostatniej kolejce. Poprzedni raz wrocławianie mistrzami kraju byli w 1977 roku.
Wisła Kraków - Śląsk Wrocław 0:1 (0:0)
0 :1 - Elsner 51
Wisła: Pareiko (46 Jovanić) - Jirsak, Sobolewski, Czekaj, Nunez, Wilk (81 Kirm), Garguła (87 Rojewski), Iliev, Melikson, Małecki, Genkov.
Śląsk: Kelemen - Wołczek, Celeban, Pawelec, Mraz - Elsner, Kaźmierczak - Sobota (83 Socha), Mila, Ł.Gikiewicz (90 Sztylka) - Diaz (73 Cetnarski).
Żółte kartki: Czekaj, Małecki, Wilk - Gikiewicz, Mraz, Wołczek, czerwona kartka: Wołczek (Śląsk, 81, za drugą żółtą), sędzia: Daniel Stefański, widzów: 22 267. (dp) (fot.slaskwroclaw.pl)
Mistrzem Śląsk? Legia już nie
To najbardziej sensacyjne rozstrzygnięcie przedostatniej kolejki. Prowadząca od ośmiu kolejek warszawska Legia tuż przed końcem rozgrywek straciła fotel lidera, spadła aż na czwarte miejsce i praktycznie nie ma szans na zdobycie tytułu. Teoretycy oczywiście mogą widzieć jeszcze w legionistach ewentualnych mistrzów kraju, ale musiałby zaistnieć splot nieprawdopodobnych okoliczności, aby do tego doszło. Zdecydowanie więcej okoliczności przemawia za prawdopodobnym pozostaniem na czwartym miejscu, pod warunkiem, że Legia nie przegra u siebie z Koroną. Gdyby ta dziś pokonała Widzew, Legia, która przegrała w Gdańsku z walczącą jeszcze o pieczęć nad własnym utrzymaniem Lechią 0:1 spadłaby na piąte miejsce. Na fotel lidera i to samodzielnie powrócił Śląsk Wrocław wygrywając przekonywująco z Jagiellonią Białystok 3:1. Tym samym okazało się, że wygrana wrocławian sprzed tygodnia z liderem wiosny lubińskim Zagłębiem 2:1 nie była przypadkowa. Tym bardziej, że Zagłębie przegrało dopiero po serii zwycięstw, a teraz rozgromiło na wyjeździe warszawską Polonię aż 4:0. Wszystkie gole zdobył pominięty przez Smudę Szymon Pawłowski. Nie zmarnował okazji chorzowski Ruch nie dając szansy Cracovii na godne pożegnanie z ligą wygrywając pod Wawelem 2:0. Traci do Śląska tylko punkt i gdyby nie zmarnowana przed tygodniem okazja w postaci remisu z ŁKS -em to na Cichej szykowanoby się za tydzień do odebrania mistrzowskiego tytułu. Chorzowianie mają teoretycznie najłatwiejszego rywala. Przyjeżdża Lechia, spokojna już o swoje utrzymanie. Na trzecie miejsce wskoczył Lech. Męczył się mocno z Podbeskidziem, a jedynego gola tuż przed końcem strzelił z karnego Rudnev. Sukces i kropkę nad "i" w postaci upragnionego awansu do europejskich pucharów oglądało 27 tysięcy widzów. Siódme zwycięstwo w ostatnich ośmiu meczach to także wielki triumf młodego trenera Mariusza Rumaka. Kolejorz w ostatniej kolejce jedzie do Widzewa i w razie zwycięstwa może nawet awansować wyżej, a może nawet... Wielu kibiców w Poznaniu wypomina władzom klubu zbytnie przetrzymywanie w roli szkoleniowca Jose Marii Bakero pomstując na zmarnowaną szansę na mistrzostwo. No i pora na Legię. Komentować nie ma czego. W kontekście odnoszonych wyników najdziwniejszy lider ostatniej fazy sezonu w historii. Wygrał zaledwie jeden mecz z ostatnich siedmiu, a mimo to ciągle zachowywał minimalną przewagę. Jeśli nie zdoła się przełamać i ogra go Korona to spadnie nawet na piątą lokatę. Grę w pucharach gwarantuje jej zwycięstwo w Pucharze Polski. Aby Legia mogła zostać mistrzem musi wygrać Śląsk musi przegrać w Krakowie, Ruch nie pokonać u siebie Lechii, a Lech nie wygrać z Widzewem w Łodzi. Mecze grane są jednak zbyt często, żeby móc uwierzyć, że słaba ostatnio Legia zdemotywowana do granic zdołała się odbudować. Pozostaje jeszcze jedno pytanie kto mistrzem? W teorii najbliżej jest Ruch, ale już zmarnował punkty z ŁKS -em, więc nie daje gwarancji, że trema nie okaże się zbyt silnym rywalem. Śląsk dla spokoju musi - co jest niezwykle trudnym zadaniem - wygrać z Wisłą o co nawet przy słabszej formie w Krakowie jest zadaniem arcytrudnym. Remis w wypadku wygranej Ruchu to za mało. Brak wygranej Śląska i Ruchy przy swoim triumfie oznacza tytuł dla Lecha. Niewiarygodne, ale prawdziwe. W tym wszystkim jest jeszcze jedna opcja, która może mieć wpływa na końcowe rezultaty. Może trochę niewiarygodna, ale wcale nie można jej wykluczyć zważywszy na wielkie zaangażowanie Lechii w mecz z Legią. Kibice Śląska mają znakomite relacje z kibicami Lechii i Wisły. Może to oznaczać ułatwione zadanie dla wrocławian w Krakowie i twardą postawę Lechii w Chorzowie. Po drugie wspomniane kluby, jak też kibice Lecha i Widzewa nie przepadają kolokwialnie mówiąc za Legią. To z kolei może całkowicie oddalić szanse Legii na poprawę lokaty nawet w wypadku wygranej z Koroną. Jak będzie pod kątem rozstrzygnięć trudno powiedzieć. Na pewno jednak emocjonująco i ciekawie. Odnotujmy natomiast, że obok Cracovii do pierwszej ligi spada ŁKS. Dodajmy - chyba. To przykład zespołu profesora Filipiaka z trzech ostatnich lat nakazuje dodać owo "chyba".
Piotr Jabłkowski
Sensacyjny finał Ligi Mistrzów
We wtorek wieczór swoje święto mieli kibice Realu. Nie ma co ukrywać, że radowało ich niespodziewane odpadnięcie w półfinale Barcelony. Katalończycy, którzy stworzyli w dwumeczu z Chelsea niezliczoną ilość sytuacji, a w rewanżu mieli słupek, rzut karny samego Messiego w poprzeczkę, nie uznaną bramkę, przewagę liczebną ostatecznie zremisowali 2:2 i odpadli. Ewidentną winą Katalończyków było zbytnie rozemocjonowanie w grze. Odrobili straty i mieli drugą bramką dającą im awans. Tymczasem dwukrotnie dali się skarcić rywalowi, który grał bez Terry' go za czerwoną kartkę i to w ostatnich minutach dwóch części meczu. Niedopuszczalne, że tej klasy zespół prowadząc 2:0 pozowolił się skontrować. To, niezależnie od emocji, był największy błąd Barcy i za to zapłaciła wysoką cenę. Chelsea ani narzuciła swojego stylu, ani nie grała znakomicie. Grała ambitnie i miała w bramce Petra Cecha. Popisała się też dwoma skutecznymi kontrami. Dobę później takie same emocje jak kibicami z Barcelony targały kibicami Realu. Królewscy po rzutach karnych przegrali rywalizację z Bayernem Monachium. Kiedy w 14 minucie Ronaldo drugi raz, po nieznacznym spalonym, a wcześniej po karnym, wpakował piłkę do bramki Neunera mogło wydawać się, że będzie pogrom. Nic bardziej złudnego. Od pierwszych minut monachijczycy pokazali wysoką klasę. Prowadzili otwartą grę i tworzyli przez cały mecz groźniejsze sytuacje podbramkowe. Kiedy Robben pokonał z rzutu karnego Cassilasa stało się jasne, że schody dla Realu dopiero się zaczynają. W ostatniej minucie pierwszej części Pepe ewidentnie odbił piłkę ręką po rzucie wolnym Robbena, ale sędzia nie podyktował drugiej jedenastki. Po przerwie groźniejszy był Bayern, ale Gomezowi brakowało precyzji. Ostatni kwadrans to zabezpieczanie tyłów. Zmęczony chyba Grand Derbi Real w dogrywce nie skonstruował żadnej niebezpiecznej dla gości akcji. Rzuty karne to jedne wielkie emocje. Dwa razy broni Neuner i jest 2:0 dla Bayernu. Potem dwukrotnie popisuje się Casillas i jest remis. Ramos strzela 3 metry nad bramką, a Schweinsteiger precyzyjnie i El Clasico w finale LM jest znów melodią przyszłości. To Bayern 22 maja, na własnym stadionie podejmie w finale Chelsea i chyba jest nieznacznym faworytem tego spotkania. Wielkie Barca i Real skończyły rozgrywki "tylko" na półfinale. Nie pierwszy raz w sporcie wielkie pieniądze i nadmierna pycha przegrały z ambicją i szczęściem rywali.
Dariusz Przybylski
Puchar dla Legii
Nie było emocji w finale piłkarskiego Pucharu Polski w Kielcach. Legia Warszawa nadspodziewanie łatwo pokonała chorzowski Ruch 3:0 i po raz piętnasty w historii klubu zdobyła trofeum w "turnieju tysiąca drużyn" jak kiedyś określono te rozgrywki. Przebieg meczu, sposób jego rozstrzygnięcia zaprzeczał sytuacji z ligowej tabeli, gdzie oba zespoły znajdują się obok siebie na jej szczycie. Zgodzić się trzeba z pomeczową wypowiedzią Jakuba Wawrzyniaka, że o triumfie zespołu z Łazienkowskiej zadecydowało doświadczenie zespołu nabyte szczególnie w rozgrywkach Ligi Europejskiej. Lider tabeli, który od pięciu kolejek nie potrafi wygrać meczu ligowego, w tym spotkaniu cały czas był skoncentrowany i punktował jak rasowy bokser. Zresztą wszystkie groźne sytuacje w spotkaniu były dziełem legionistów. Chorzowianie jedynie wbiegali w pole karne, a Kuciak do prawdziwej obrony został zmuszony dopiero w szóstej, ostatniej minucie, doliczonego czasu gry. Dwa wcześniejsze niecelne uderzenia aktywnego Zieńczuka trudno uznać za zagrożenie bramki Legii. Bez wątpienia wpływ na poczynania legionistów miała szybko zdobyta bramka przez Ljuboję. Wypracował ją Jarosław Żyro, bohater spotkania. Zagrał wzdłuż bramki i w siódmej minucie mecz ułożył się po myśli trenera Skorży. Żyro sam mógł zdobyć drugą bramkę, ale kapitalnie spisał się Peskovic. W 41 minucie znowu w głównej roli wystąpił Żyro. Kapitalnie wrzucił piłkę nadbiegającemu Radovicovi i było 2:0. Po przerwie trener Fornalak nakazał Niebieskim bardziej otwartą grę co szybko, bo już w 56 minucie wykorzystał Żyro. Po dokładnym podaniu Gola uciekł trzem defensorom Ruchu i ustalił wynik meczu. O przewadze Legii świadczy fakt, że ten zespół był bliższy zdobycia kolejnych bramek, a nie ambitny, ale słabszy Ruch. Niestety odnotować należy dwa zgrzyty kieleckiego finału. Pierwszy to słabiutka frekwencja. Drugi to odpalanie rac i petrad przez kibiców Legii przez co dobrze prowadzący zawody sędzia Siejewicz przerwał spotkanie na trzy minuty.
Maciej Skorża, Legia: - Wśród piłkarzy zapanowała wielka radość z sukcesu i obrony Pucharu Polski. Także z faktu, że w tak ważnym spotkaniu zagraliśmy w dobrym naszym stylu, na wysokim poziomie. Zawodnicy wykazali determinację i konsekwencję w realizacji planów przedmeczowych. Ułatwieniem było szybko zdobyte prowadzenie, które dodało nam spokoju i pewności na boisku. W drugiej połowie liczyliśmy, że Ruch będzie chciał poprawić rezultat, co nam stworzy szansę na zdobycie bramek.
Waldemar Fornalik, Ruch: - Presja mogła spowodować, ze moi piłkarze nie pokazali, na co ich stać. Są podłamani, nie cieszą się, bo nie ma z czego. Porażka jest wpisana w sport, dlatego nie powinno to zawodników zdołować. Będziemy musieli doprowadzić ich, po kontuzjach, do odpowiedniej dyspozycji fizycznej, a także wesprzeć psychicznie przed ważnymi spotkaniami ligowymi.
Legia Warszawa - Ruch Chorzów 3:0 (2:0)
1:0 - Ljuboja 8'
2:0 - Radović 41'
3:0 - Żyro 56'
Legia: Kuciak - Jędrzejczyk, Żewłakow (87' Wolski), Astiz, Wawrzyniak (69' Kiełbowicz) - Żyro (83' Rzeźniczak), Gol, Vrdoljak, Radović, Kucharczyk - Ljuboja.
Ruch: Pesković - Burliga, Stawarczyk, Grodzicki Szyndrowski (46' Grzyb) - Zieńczuk, Malinowski (33' Lisowski), Straka, Janoszka - Jankowski, Niedzielan (57' Abbott).
Żółte kartki: Ljuboja, Kucharczyk, Rzeźniczak, Vrdoljak (Legia) oraz Burliga (Ruch), sędziował: Hubert Siejewicz (Białystok).
(dp)Więcej artykułów…
Strona 1 z 10
Piłka Nożna